Kiedy Emmett
stał na skraju dachu, czuł na sobie lekki podmuch wiatru. Stróżki potu spływały
mu po karku. Miał zamknięte oczy i nasłuchiwał odgłosów dochodzących z pokoju
pod nim. Nigdy nie myślał, że kiedykolwiek będzie żałować, iż był cholernie
dobry w tym, co robił. Brzydził się zdolności, którą niedawno odkrył. Gdy tylko
miał wolną chwilę, zastanawiałby się, jak od niej uciec, ale do tej pory nic
nie wymyślił. Jolene go ograniczała. Kochał siostrę, więc musiał zmienić się w
potwora.
Usłyszawszy
delikatny trzask drzwi, odczekał kilka sekund, po czym zsunął się z dachówki i
zawisł na rynnie. Przesunął się w bok tak daleko jak sięgała jego podpora.
Puściwszy jedną rękę, wyciągnął ją i nogę w stronę okna w prostopadłej ścianie.
Czuł, jak mięśnie obu kończyn napięły się boleśnie. W końcu udało mu się wyczuć
pod cienką podeszwą kawałek podłoża. Zerknął na nie i natychmiast znalazł mały
monitor z pogodynką przy framudze. Odepchnął się od rynny i runął na parapet.
Złapał się urządzenia oraz ościeżnicy, chroniąc się przed bolesnym upadkiem z
dużej wysokości. Gdy zapanował nad ciężarem swojego ciała, wyciągnął z kieszeni
dresowych spodni mały przyrząd do otwierania okien, który dostał od Farlowa razem
z całym pakietem sprzętu, i przyczepił go do framugi. Odczekał, aż zamigotało
zielone światełko i po chwili Emmett znalazł się w dziecięcym pokoju z kolorową
tapetą, która w nocy spozierała na niego groźnie. Wymijając hałaśliwe
przeszkody w postaci zabawek, podszedł do małego łóżeczka. Poświata księżyca
padała na kilkumiesięczne niemowlę tak, że Emmett wyraźnie widział delikatną
twarzyczkę.
Ten widok
przyniósł mu na myśl malutkiego Doriana, który leżąc na kanapie w domu Vivian,
śmiał się do niego i wpatrywał się w niego błyszczącymi błękitno-brązowymi
oczami. Na to wspomnienie Emmett zmarszczył brwi. Całą noc zastanawiał się, czy
Vivian na pewno zrozumiała jego ukryty komunikat. Choć zdawało mu się, że tak,
wciąż martwił się, czy aby na pewno uciekła gdzieś z Dorianem. Nie chciał nawet
myśleć, co mogliby jej zrobić, gdyby broniła swojego brata. A zrobiłaby to,
gdyby musiała.
W końcu
potrząsnął głową, jakby chcąc odpędzić natarczywe teorie. Rozejrzał się więc po
pokoju. Na szafce obok stało coś, co przypominało telefon, ale Emmett doskonale
wiedział, że to automatyczna niańka zostawiona, by rodzice wiedzieli, kiedy
dziecko płacze. Upewniwszy się, że nie ma w niej kamery, wyciągnął z małej
torebki, przyczepionej do szerokiego pasa, strzykawkę z przezroczystym środkiem
usypiającym. Wyłączył małe urządzenie i wrzucił je do plecaka, po czym
wstrzyknął niemowlęciu płyn, krzywiąc się przy tym. Gdy skończył, szybko wziął
dziecko na ręce i nacisnął przycisk na opasce na ręce. Wyszedł na parapet z
brzdącem na rękach i zamknął okno. Po chwili na podwórku pojawił się jego
współpracownik, który wystawił ręce do góry. Emmett ze skrywanym niepokojem
zrzucił niemowlę w dół i odetchnął z ulgą, gdy wylądowało w ramionach mężczyzny.
Dopiero wtedy rudzielec złapał się rynny i zjechał po niej na dół. Potem razem
z pomocnikiem oraz dzieckiem uciekli z podwórka i wsiedli do czarnego samochodu
z przyciemnianymi szybami.
Odkąd służbowy
pojazd odjechał spod ostatniego domu, Emmett czuł się brudny. Jakby usypiający płyn,
który wstrzykiwał Cladesom, oblał całe jego ciało i parzył skórę. Wysiadając
przed swoim mieszkaniem, marzył o kąpieli, żywiąc cichą nadzieję, że uda mu się
pozbyć tego dziwnego uczucia. Ale najpierw musiał sprawdzić pokój siostry.
Wiedział, że jej tam nie zastanie, a mimo to wolał mieć pewność. Po cichu
wszedł do własnego domu i od razu skierował się do pokoju Jolene.
Gdy Emmett
otworzył drzwi, w półmroku dostrzegł zarys postaci siedzącej na wózku.
Natychmiast poczuł, jakby spadł z niego jakiś wielki ciężar. Lecz po zapaleniu
światła serce stanęło mu w gardle, gdy dostrzegł, że nad oparciem wcale nie
wystawały rude, delikatne włosy, lecz ciemna, ulizana czupryna.
- Witaj, Emmecie – odezwał się
Farlow, podnosząc się z krzesła. – Twoi rodzice śpią.
Emmett
natychmiast zamknął drzwi i rzucił mu wściekłe spojrzenie.
- Co im zrobiłeś i gdzie jest moja
siostra?
Na twarzy
Farlowa zagościł jadowity uśmiech, który zadziałał na Emmetta jak płachta na
byka. Rzucił się w jego stronę, ale natychmiast poczuł na plecach, silne uderzenie,
pod którym Emmett załamał się i padł na ziemię. Ktoś podniósł go, szarpiąc za
włosy i rzucił na fotel, jednocześnie unieruchamiając jego ręce. Emmett splunął
na ziemię.
- Wykonuję twoje brudne zadania, a
tak ty mi się odpłacasz? – syknął.
- Wręcz przeciwnie – odpowiedział
sucho Farlow. - Postępujesz wbrew moim rozkazom. Dlatego czas zacząć
przedstawienie, które początkowo miało cię ominąć, ale stwierdziłem, że osiągnę
większą satysfakcję, jeśli będziesz na nie patrzył.
W momencie gdy
jakiś mężczyzna podał Farlowowi odtwarzacz video, Emmett wstrzymał oddech ze
strachu. Tak jak przewidywał, na ekranie pojawiła się jego siostra. Siedziała w
pustym, ciemnym pomieszczeniu skrępowana i z zawiązanymi oczami.
- Zostaw ją! – ryknął Emmett.
- Chyba nie chcesz obudzić
rodziców, prawda? – zapytał Farlow z teatralnym smutkiem. - Gdyby nas
zobaczyli, musielibyśmy ich zlikwidować, więc przymknij się. Jeśli odezwiesz
się zanim ci pozwolę, zrobię siostrze coś gorszego niż teraz zamierzam.
Przez dłuższą
chwilę mierzył się z Emmettem wzrokiem, aż w końcu uśmiechnął się z
samozadowoleniem.
- Skoro już i tak musimy jej coś
zrobić, postanowiliśmy najpierw wziąć od niej trochę energii. Powinna nam się
na coś przydać, nieprawdaż? – nacisnął przycisk. – Zaczynajcie.
Na obrazie
pojawił się mężczyzna, który rozłożył krzesło tak, że Jolene się położyła. Cały
czas pytała, co się dzieje i wołała, żeby ją zostawili w spokoju. Emmett z
trudem powstrzymywał się od zamknięcia oczu. Nie mógł sobie na to pozwolić.
Patrzył, jak mężczyzna odsłania brzuch Jolene i przyczepia do niej urządzenie
złożone z czterech przyssawek, w których centrum znajdowały się igły,
podłużnego przenośnika i kolby z grubego materiału przypominającego szkło.
Emmett usłyszał
jęk siostry, gdy aparatura została uruchomiona. Po chwili w naczyniu pojawiły
się żółte, iskrzące wiązki światła i energii szalejące bez kontroli w próżni.
Im dłużej igły były wbite w ciało Jolene, tym ta robiła się bledsza, a ilość
energii wzrastała. Dziewczyna chciała coś powiedzieć, ale wydawała z siebie
tylko urywane sylaby, aż w końcu omdlała. Wtedy Emmett ugryzł się w wargę tak
mocno, że poleciała z niej krew. Na ten widok Farlow zachichotał pod nosem i rozkazał
zaprzestać.
- Świetnie sobie radzisz jak na początek.
Krzesło znów podniosło
się i mężczyzna obsługujący je podszedł do Jolene ze skalpelem w ręku. Na widok
tego Emmettowi serce zabiło szybciej, ale wciąż tylko mocniej zagryzał wargę.
- Szkoda byłoby uszkodzić taką
twarz – westchnął teatralnie Farlow, przyciskając guzik.
- Rzeczywiście – odpowiedział
mężczyzna z odtwarzacza i niby przypadkowym ruchem przejechał Jolene po
policzku. – Ojej.
- No dobrze, przejdźmy do
konkretów. Nie lubię znęcać się nad słabszymi. Co by tu zrobić? Odciąć i tak
już niepotrzebne nogi, czy może odbierzemy jej ręce do kompletu?
Emmett szarpnął
się. Chciał rzucić się na Farlowa i rozerwać go, ale silne ręce przykuwały go
do krzesła. Po chwili poczuł uderzenie w brzuch, aż zgiął się wpół i zaczął
kaszleć. Kątem oka dostrzegł sprawcę i kopnął go z całej siły w piszczel. Pożałował,
gdy tylko jego twarz spotkała się z czyjąś pięścią.
- Po co te nerwy? – odezwał się
Farlow nadzwyczaj spokojnie. - Ostrzegałem cię lojalnie, że masz mnie słuchać.
Nie zrobiłeś tego, więc teraz będziesz patrzył, jak twoja siostra staje się
jeszcze większą kaleką.
Emmett patrzył
z nienawiścią na Farlowa. Jego oddech był płytki i syczący. Splunął na ziemię,
na której pojawiła się czerwona plama. Podniósł jednego palca do góry. Farlow
spojrzał na to z politowaniem, po czym parsknął śmiechem.
- Czy ty się zgłaszasz? – zapytał
rozbawiony. - No dobrze, żeby było zabawniej, pozwalam ci zadać tylko jedno
pytanie.
- Dlaczego do jasnej cholery?
- Przykro mi. Już ci
odpowiedziałem. Straciłeś swoją szansę.
- W którym kurwa miejscu złamałem
twój rozkaz?!
- Ach, więc nie wiesz! – klasnął
teatralnie w dłonie, a gdy podszedł do Emmetta, jego twarz w końcu miała
poważny wyraz. – W domu nieszczęsnej, porzuconej Charlotte Adams. Chyba że masz
jakiś pomysł, jakim innym sposobem Vivian Collins wiedziała, że musi zabrać
swojego małego, trędowatego braciszka? Gdyby nie fakt, że moi ludzie zastali
jej dom pusty, nie domyśliłbym się, że ta gadka o śnie to ukryta wiadomość.
Lecz fakty mówią same za siebie. Naprawdę myślałeś, że to ci się uda? Miałem
cię za kogoś trochę mądrzejszego.
- Zabroniłeś mi mówić komukolwiek
o czymkolwiek i nie zrobiłem tego. Ostrzegłem tylko przyjaciółkę. Gdybyś był
choć w połowie człowiekiem, zrozumiałbyś to.
- Racja. Zapomniałem, że jestem
wróżką – sarknął. - Czy ten dzieciak ma w sobie jakieś większe pokłady mocy?
- A skąd mam wiedzieć?
- Czy mogę coś zaproponować? –
rozległ się wysoki głos dobiegający z końca pokoju.
Wszyscy zebrani
spojrzeli w tamtą stronę. Z cienia wyszła wysoka, szczupła kobieta. Miała na
sobie granatowe obcisłe spodnie i bluzkę na ramiączkach, które podkreślały jej
kobiece kształty. Długie złociste włosy były związane w koński ogon sięgający
do pasa, a zielone, kocie oczy błyszczały w mroku. Emmett miał wrażenie, jakby
już kiedyś ją widział, ale nie mógł sobie przypomnieć tego momentu.
- Patrząc na tę jakże buntowniczą
postawę młodzieńca, wpadłam na pewien pomysł, który zapewne ci się spodoba,
Aleksandrze.
Farlow z
naukowym zainteresowaniem spojrzał na nią i machnął ręką, żeby podeszła.
Kobieta przemierzyła dzielący ich kawałek, spoglądając z pogardą na Emmetta.
Stanęła u boku Farlowa i powiedziała mu coś na ucho. Na twarzy mężczyzny
najpierw pojawiło się zaskoczenie, potem ciekawość, a na końcu zadowolenie.
- Dziękuję, Lilith. Moja żona jest
jak zwykle czarująca – uśmiechnął się do niej, po czym zwrócił wzrok w stronę
Emmetta. – Dobrze. Tym razem nie skrzywdzę twojej siostry. Mam dla ciebie
lepszą pokutę.
Charlotte
obudziło pukanie. Z cichą nadzieją, a jednocześnie ze strachem, że mogłaby tam
ujrzeć Oliver, otworzyła jedno oko i zerknęła na balkon. Gdy upewniła się, że nikogo
tam nie było, naciągnęła pościel na głowę i wtuliła się bardziej w poduszkę.
Mimo że pukanie nie ustępowało, nie miała najmniejszej ochoty ruszyć się z
miejsca. Dopiero po dłuższej chwili stukot w końcu ucichł. Charlotte odetchnęła
z ulgą i przekręciła się na drugi bok. Wtedy usłyszała, że ktoś przekręca klucz
w zamku. Chyba mój tajny schowek już nie jest taki tajny.
- Charlotte – rozległ się
zachrypnięty męski głos.
Dziewczyna aż
podskoczyła w miejscu, gdy go usłyszała. Wygramoliła się z pościeli, szybko
zarzuciła atłasowy szlafrok i usiadła na łóżku. Po chwili w progu jej sypialni
zjawił się starszy mężczyzna z burzą kędzierzawych włosów na głowie.
- Profesorze.
- Opuszczanie pracy nie jest w
twoim stylu – mruknął Philip.
Charlotte
otworzyła buzię, jakby chciała coś powiedzieć, ale po chwili zamknęła ją i
spuściła wzrok.
- Przyszedł pan sam, czy ktoś pana
tu nasłał?
- To pytanie utwierdza mnie w
przekonaniu, że przydarzyło ci się coś niebywale złego. Choć przyznam się, że
stawiałem na jakiś wypadek.
- Przepraszam, ale nie mogę panu
powiedzieć, dlaczego tak jest. Gdybym wymówiła to na głos, rozpłakałabym się
jak małe dziecko, zaczęła się trząść i tak dalej. A wolałabym nie wracać do
tego stanu w pańskiej obecności.
Philip
uśmiechnął się smutno, choć w jego oczach mieszało się współczucie i czułość.
Przemierzył pokój i ciężko opadł na łóżko obok skulonej Charlotte.
- Mimo świadomości, że nie
potrafiłbym cię w żaden sposób pocieszyć, chciałbym, żebyś mi to powiedziała.
Wolałbym wiedzieć, jak bardzo nie na miejscu będzie moja prośba.
Charlotte
spojrzała na niego z niepokojem i zdziwieniem. Ten jednak tylko wzruszył ramionami.
- Oliver wyjechał.
Powiedziała to
na jednym wydechu. Zupełnie jakby była małym dzieckiem przyznającym się do
zjedzenia zakazanego ciastka przed rodzicem. Na twarzy Philip natychmiast
zagościł wyraz zaskoczenia.
- Nie rozumiem.
- Ja też nie. W jedną noc zostawił
nas wszystkich i odjechał bez słowa.
- Nie wierze, żeby zrobił to od
tak sobie.
- Ja również. Ale Emmett od razu
stwierdził, że nas zdradził i oszukał, a potem przekonywał mnie do tego.
Zupełnie jakby Oliver kazał mu sprawić, żebym go znienawidziła.
- Przecież człowiek, który
uratował cię przed samobójstwem nie zrobiłby czegoś takiego. Oliver –
podkreślił - nie zrobiłby czegoś takiego. Znam go od dziecka.
Charlotte
poczuła jednocześnie ulgę i ukłucie żalu. Z jednej strony cieszyła się, że w
końcu mogła porozmawiać z kimś, kto podchodził do Olivera w podobny sposób co
ona. Philip znał go od małego, ponieważ był jego wujkiem i często bawił się z
nim w dzieciństwie. Z drugiej strony wspomnienie początku miłości do Olivera,
zawsze przyprawiało ją o dreszcze.
Na początku
studiów chłopak Charlotte rzucił ją, żeby być z jej najlepszą przyjaciółką.
Kilka tygodni potem jej rodzice zmarli podczas rejsu, a niedługo po tym została
zgwałcona przez swojego wykładowcę. To wydarzenie okazało się ponad jej siły i
chciała rzucić się z klifu, ale Oliver ją powstrzymał, bo przypadkiem znajdował
się w pobliżu. Mimo że wcześniej nie znali się za dobrze, od tego momentu on
cały czas ją wspierał i pomógł jej wyjść z depresji. Choć widziała, że zakochał
się w niej, nigdy nie robił niczego, co mogłaby odebrać jako zbliżanie się do
siebie. Wiedział, że się bała. Jego wytrwałość w końcu sprawiła, że jej strach
znikł i pozwoliła sobie mu zaufać. Philip wiedział o wszystkim z wyjątkiem
gwałtu, więc nic dziwnego, że miał podobne zdanie na temat chłopaka.
- Myślę, że albo został do tego
zmuszony, albo zdarzyło się coś naprawdę złego – powiedziała w końcu Charlotte.
- To jest całkiem możliwe.
- Co ma pan przez to na myśli?
- Kilkudziesięciu Cladesów znikło.
Charlotte
wybałuszyła oczy i pierwszy raz, odkąd ostatni raz widziała Olivera, poczuła
strach niezwiązany z nim.
- Niemożliwe – szepnęła.
- A jednak. Dwa dni z rzędu.
Znikli w nocy i wrócili w połowie następnego dnia, twierdząc, że nic nie
pamiętają.
- To dlatego… Oto im chodziło.
Vivian mówiła, że musi zająć się Dorianem. Emmett powiedział jej, że musi go
schować. W końcu jest Cladesem.
- Czy Emmett nie zachowywał się
dziwnie?
- Owszem.
- Z tego co wiem, jego siostra
również należy do Cladesów i wydaje mi się, że to wszystko ma ze sobą ścisły
związek. Mam też nadzieję, że Oliver również jest w jakiś sposób z tym
związany. Pierwsza osoba, która przychodzi mi na myśl, tobie pewnie też, to
Farlow, ale to byłoby zbyt oczywiste i nie ma związku z Oliverem. W każdym
razie sprawę zniknięć zostawmy odpowiednim służbom. Ja muszę wrócić do pracy, a
dokładniej - zbadać tę energię i zapobiec porwaniom – posłał jej długie,
milczące spojrzenie spod krzaczastych białych brwi. - Nie jestem w stanie tego
zrobić bez ciebie.
- Dobrze. Zrobię to, ale proszę pozwolić
mi myśleć, że to pomoże mi zbliżyć się do prawdy skrytej za ucieczką Olivera.
- Oczywiście.
Gigantyczne,
ciemne chmury pokryły całe niebo, chowając za sobą światło słońca. Wiatr
szarpał wszystko, co spotkał na drodze łącznie z wielkimi kroplami wściekle
mknącymi ku ziemi. Raz po raz szare sklepienie rozrywały błyski piorunów,
których grzmot niósł się echem po lesie. Choć Vivian nigdy nie bała się burzy i
uważała ją za ekscytującą, tym razem miała inne zdanie. W górach stanowiła
zdecydowanie większe zagrożenie niż normalnie. Nie mogli wrócić do domu, ani
udać się do schroniska turystycznego. Vivian nie wiedziała, czy ktoś ich
ścigał, czy nie, ale wolała zachować wszelkie środki ostrożności. Nie mogła
pozwolić wykorzystać jej braciszka. Mimo że zdawał się być o wiele silniejszy
od niej samej i lepiej sobie radzić w ciężkich warunkach.
Szlak
przypominał błotną rzekę, a jasne skały, które ściemniały o odcień, gdy tylko
znikło słońce, zrobiły się niezwykle śliskie, więc nie stanowiły dobrej podpory.
W powietrzu unosił się zapach wilgoci, w uszach dzwoniły odgłosy wyładowań
elektrycznych, a deszcz boleśnie wpadał do oczu, jakby padały odłamki szkła a
nie woda.
Gdy Vivian minęła
zakręt, zobaczyła bardziej strome podejście z drewnianymi stopniami, które
miały służyć za schody. Po bokach woda spływała jak strumień, a na środku błoto
przypominało wyjątkowo niesmaczną zupę. Vivian rozejrzała się za miejscem, w
którym mogliby się schować, ale otoczenie znów ją zawiodło.
- Nie mogę znaleźć schronienia i
nie wiem jak daleko jest – zawołała.
Gdy położyła
nogę na pierwszym stopniu, ta od razu zanurzyła się w błocie aż po kostki, więc
Vivian ją wyciągnęła. Zmarszczyła brwi nie słysząc odpowiedzi brata.
- Dorian? – zawołała.
Jednak
odpowiedź wciąż nie nadchodziła. Odwróciła się i szybko wyraz jej twarzy
zmienił się z niepewnego zmartwienia na głębokie przerażenie, w momencie gdy
jeden z piorunów rąbnął w stare, wielkie drzewo, którego gruba gałąź runęła na
dół.
- Dorian!
Rzuciła się w
tamtą stronę, o mało się nie przewracając i poczuła jak serce stanęło jej w
gardle, gdy zobaczyła ogromny kawałek drzewa leżący na środku ścieżki.
Dokładnie tam, gdzie ostatnio widziała Doriana. Podbiegła do niego, wołając brata
i próbując odsunąć jedną z gałęzi. Nagle drewno jakby wybuchło, aż Vivian
odrzuciło do tyłu, przez co uderzyła o skałę. Zacisnęła pięści i oczy, kiedy
poczuła, że coś przecięło jej skórę w
kilku miejscach.
- O kurcze! – rozległ się głos
Doriana. - Przepraszam, nie wiedziałem, że tam byłaś!
Gdy Vivian podniosła
powieki, brat był tuż przy niej i pomógł jej wstać jedną ręką. Vivian nie
umknęło uwadze, że Dorian w drugiej dłoni trzymał jakieś zwierzątko
przyciśnięte do swojej piersi.
- Co to jest? – zdziwiła się.
- Nie wiem. Jakiś gryzoń. Nie
widziałem go wcześniej. Usłyszałem tylko jego pisk, a gdy się odwróciłem,
zobaczyłem, że zaklinował się w ścianie, więc wspiąłem się po niego.
Dorian chciał
powiedzieć coś jeszcze, ale Vivian przerwała mu uderzeniem w głowę.
- Za co to?!
- Jest ślisko, mogłeś spaść i się
połamać!
- No właśnie wszystko byłoby w
porządku, gdyby nie to, że ten piorun walnął.
Vivian
westchnęła ze zmęczeniem i machnęła lekceważąco ręką, po czym ruszyła tam,
gdzie wcześniej, uprzednio mruknąwszy coś o błocie na schodach, które okazały
się ciągnąć dość długo. Kilkukrotnie oboje ślizgali się na niestabilnym podłożu
i gdyby nie podtrzymywali się belek, poupadaliby już nie raz. Gdy wyglądało na
to, że dochodzą na szczyt, Vivian poszła szybciej przodem. Dorian natomiast powoli
posuwał się do góry, skupiając się na swojej drodze, bo wierzył, że z jakiegoś
powodu góry go nie lubią, a jego siostrę tak. Myśląc właśnie o tym, pośliznął
się i runął w błoto, ale zamortyzował upadek rękoma. Z obrzydzeniem wytarł
twarz i podniósł się. Nagle zrobił zdziwioną minę, wpatrując się w punkt przed
nim.
- Vivian.
- Tak? Wydaje mi się, czy znowu
się przewróciłeś?
- Tam.
Wyciągnął jedną
rękę przed siebie. Vivian zeszła do niego i spojrzała w tym kierunku. Kawałek
dalej znajdowały się dwa drzewa, które rosły pod ukosem tak, że utworzyły pod
sobą jakby portal. Za nim było widać ciemność, a nie podłoże.
- Może – mruknęła Vivian i
ostrożnie ruszyła w tamtą stronę.
Gdy tylko
zeszła z prostej powierzchni, od razu ześliznęła się, więc zaczęła iść na
czworaka. Dorian zrobił minę, jakby coś go zabolało, po czym, mruknąwszy
„wybacz, mały”, schował gryzonia do kieszeni kurtki i poszedł w ślady siostry.
Gdy zbliżyli się do tych drzew, okazało się, że stanowiły wejście do jaskini. Dorian
poszedł przodem zobaczyć, czy była pusta i gdy wyszedł z potwierdzeniem,
schowali się w niej.
- Brakuje nam czystej wody –
powiedziała Vivian. - W dodatku nie mogę sprawdzić, czy nie mam jakichś
wiadomości. Odkąd przeszliśmy na drugą stronę gór, ciężko mi złapać zasięg, a
teraz jest burza, więc nawet nie mam na co liczyć. Jeśli jutro będzie lepsza
pogoda, to zejdziemy niżej.
- I co robimy dalej? Zejdziemy do
innego państwa?
- Żartujesz sobie? Nie czujesz,
jakie już tutaj jest powietrze? Na dole to czysta mieszanka toksyn. Może inni
to wytrzymują, ja nie.
- Więc będziemy żyć w górach jak
pustelnicy w nieskończoność?
- Nie wiem. Na razie czekamy.
Dorian
bez słowa rozłożył swój materac, po czym położył się tyłem do siostry. Przykrył
się kocem i poszedł spać.
Czas na komentarz, bo nie wiem ile razy będę jeszcze to czytać czekając na kolejny rozdział. c:
OdpowiedzUsuńJak nie trudno się domyślić, nie lubię tego Farlowa. Dziwny z niego gościu i mnie wkurza, no i Emmetta mi biją ; ; On jest mój i nie wolno go krzywdzić! >: Bo w końcu jaram się każdym, kto umie strzelać, ale to szczegół <3
Co do rozdziału to do jasnej anielki co się dzieje! .3.