niedziela, 21 grudnia 2014

Ucieczka

Kiedy Emmett stał na skraju dachu, czuł na sobie lekki podmuch wiatru. Stróżki potu spływały mu po karku. Miał zamknięte oczy i nasłuchiwał odgłosów dochodzących z pokoju pod nim. Nigdy nie myślał, że kiedykolwiek będzie żałować, iż był cholernie dobry w tym, co robił. Brzydził się zdolności, którą niedawno odkrył. Gdy tylko miał wolną chwilę, zastanawiałby się, jak od niej uciec, ale do tej pory nic nie wymyślił. Jolene go ograniczała. Kochał siostrę, więc musiał zmienić się w potwora.
Usłyszawszy delikatny trzask drzwi, odczekał kilka sekund, po czym zsunął się z dachówki i zawisł na rynnie. Przesunął się w bok tak daleko jak sięgała jego podpora. Puściwszy jedną rękę, wyciągnął ją i nogę w stronę okna w prostopadłej ścianie. Czuł, jak mięśnie obu kończyn napięły się boleśnie. W końcu udało mu się wyczuć pod cienką podeszwą kawałek podłoża. Zerknął na nie i natychmiast znalazł mały monitor z pogodynką przy framudze. Odepchnął się od rynny i runął na parapet. Złapał się urządzenia oraz ościeżnicy, chroniąc się przed bolesnym upadkiem z dużej wysokości. Gdy zapanował nad ciężarem swojego ciała, wyciągnął z kieszeni dresowych spodni mały przyrząd do otwierania okien, który dostał od Farlowa razem z całym pakietem sprzętu, i przyczepił go do framugi. Odczekał, aż zamigotało zielone światełko i po chwili Emmett znalazł się w dziecięcym pokoju z kolorową tapetą, która w nocy spozierała na niego groźnie. Wymijając hałaśliwe przeszkody w postaci zabawek, podszedł do małego łóżeczka. Poświata księżyca padała na kilkumiesięczne niemowlę tak, że Emmett wyraźnie widział delikatną twarzyczkę.
Ten widok przyniósł mu na myśl malutkiego Doriana, który leżąc na kanapie w domu Vivian, śmiał się do niego i wpatrywał się w niego błyszczącymi błękitno-brązowymi oczami. Na to wspomnienie Emmett zmarszczył brwi. Całą noc zastanawiał się, czy Vivian na pewno zrozumiała jego ukryty komunikat. Choć zdawało mu się, że tak, wciąż martwił się, czy aby na pewno uciekła gdzieś z Dorianem. Nie chciał nawet myśleć, co mogliby jej zrobić, gdyby broniła swojego brata. A zrobiłaby to, gdyby musiała.
W końcu potrząsnął głową, jakby chcąc odpędzić natarczywe teorie. Rozejrzał się więc po pokoju. Na szafce obok stało coś, co przypominało telefon, ale Emmett doskonale wiedział, że to automatyczna niańka zostawiona, by rodzice wiedzieli, kiedy dziecko płacze. Upewniwszy się, że nie ma w niej kamery, wyciągnął z małej torebki, przyczepionej do szerokiego pasa, strzykawkę z przezroczystym środkiem usypiającym. Wyłączył małe urządzenie i wrzucił je do plecaka, po czym wstrzyknął niemowlęciu płyn, krzywiąc się przy tym. Gdy skończył, szybko wziął dziecko na ręce i nacisnął przycisk na opasce na ręce. Wyszedł na parapet z brzdącem na rękach i zamknął okno. Po chwili na podwórku pojawił się jego współpracownik, który wystawił ręce do góry. Emmett ze skrywanym niepokojem zrzucił niemowlę w dół i odetchnął z ulgą, gdy wylądowało w ramionach mężczyzny. Dopiero wtedy rudzielec złapał się rynny i zjechał po niej na dół. Potem razem z pomocnikiem oraz dzieckiem uciekli z podwórka i wsiedli do czarnego samochodu z przyciemnianymi szybami.
Odkąd służbowy pojazd odjechał spod ostatniego domu, Emmett czuł się brudny. Jakby usypiający płyn, który wstrzykiwał Cladesom, oblał całe jego ciało i parzył skórę. Wysiadając przed swoim mieszkaniem, marzył o kąpieli, żywiąc cichą nadzieję, że uda mu się pozbyć tego dziwnego uczucia. Ale najpierw musiał sprawdzić pokój siostry. Wiedział, że jej tam nie zastanie, a mimo to wolał mieć pewność. Po cichu wszedł do własnego domu i od razu skierował się do pokoju Jolene.
Gdy Emmett otworzył drzwi, w półmroku dostrzegł zarys postaci siedzącej na wózku. Natychmiast poczuł, jakby spadł z niego jakiś wielki ciężar. Lecz po zapaleniu światła serce stanęło mu w gardle, gdy dostrzegł, że nad oparciem wcale nie wystawały rude, delikatne włosy, lecz ciemna, ulizana czupryna.
- Witaj, Emmecie – odezwał się Farlow, podnosząc się z krzesła. – Twoi rodzice śpią.
Emmett natychmiast zamknął drzwi i rzucił mu wściekłe spojrzenie.
- Co im zrobiłeś i gdzie jest moja siostra?
Na twarzy Farlowa zagościł jadowity uśmiech, który zadziałał na Emmetta jak płachta na byka. Rzucił się w jego stronę, ale natychmiast poczuł na plecach, silne uderzenie, pod którym Emmett załamał się i padł na ziemię. Ktoś podniósł go, szarpiąc za włosy i rzucił na fotel, jednocześnie unieruchamiając jego ręce. Emmett splunął na ziemię.
- Wykonuję twoje brudne zadania, a tak ty mi się odpłacasz? – syknął.
- Wręcz przeciwnie – odpowiedział sucho Farlow. - Postępujesz wbrew moim rozkazom. Dlatego czas zacząć przedstawienie, które początkowo miało cię ominąć, ale stwierdziłem, że osiągnę większą satysfakcję, jeśli będziesz na nie patrzył.
W momencie gdy jakiś mężczyzna podał Farlowowi odtwarzacz video, Emmett wstrzymał oddech ze strachu. Tak jak przewidywał, na ekranie pojawiła się jego siostra. Siedziała w pustym, ciemnym pomieszczeniu skrępowana i z zawiązanymi oczami.
- Zostaw ją! – ryknął Emmett.
- Chyba nie chcesz obudzić rodziców, prawda? – zapytał Farlow z teatralnym smutkiem. - Gdyby nas zobaczyli, musielibyśmy ich zlikwidować, więc przymknij się. Jeśli odezwiesz się zanim ci pozwolę, zrobię siostrze coś gorszego niż teraz zamierzam.
Przez dłuższą chwilę mierzył się z Emmettem wzrokiem, aż w końcu uśmiechnął się z samozadowoleniem.
- Skoro już i tak musimy jej coś zrobić, postanowiliśmy najpierw wziąć od niej trochę energii. Powinna nam się na coś przydać, nieprawdaż? – nacisnął przycisk. – Zaczynajcie.
Na obrazie pojawił się mężczyzna, który rozłożył krzesło tak, że Jolene się położyła. Cały czas pytała, co się dzieje i wołała, żeby ją zostawili w spokoju. Emmett z trudem powstrzymywał się od zamknięcia oczu. Nie mógł sobie na to pozwolić. Patrzył, jak mężczyzna odsłania brzuch Jolene i przyczepia do niej urządzenie złożone z czterech przyssawek, w których centrum znajdowały się igły, podłużnego przenośnika i kolby z grubego materiału przypominającego szkło.
Emmett usłyszał jęk siostry, gdy aparatura została uruchomiona. Po chwili w naczyniu pojawiły się żółte, iskrzące wiązki światła i energii szalejące bez kontroli w próżni. Im dłużej igły były wbite w ciało Jolene, tym ta robiła się bledsza, a ilość energii wzrastała. Dziewczyna chciała coś powiedzieć, ale wydawała z siebie tylko urywane sylaby, aż w końcu omdlała. Wtedy Emmett ugryzł się w wargę tak mocno, że poleciała z niej krew. Na ten widok Farlow zachichotał pod nosem i rozkazał zaprzestać.
- Świetnie sobie radzisz jak na początek.
Krzesło znów podniosło się i mężczyzna obsługujący je podszedł do Jolene ze skalpelem w ręku. Na widok tego Emmettowi serce zabiło szybciej, ale wciąż tylko mocniej zagryzał wargę.
- Szkoda byłoby uszkodzić taką twarz – westchnął teatralnie Farlow, przyciskając guzik.
- Rzeczywiście – odpowiedział mężczyzna z odtwarzacza i niby przypadkowym ruchem przejechał Jolene po policzku. – Ojej.
- No dobrze, przejdźmy do konkretów. Nie lubię znęcać się nad słabszymi. Co by tu zrobić? Odciąć i tak już niepotrzebne nogi, czy może odbierzemy jej ręce do kompletu?
Emmett szarpnął się. Chciał rzucić się na Farlowa i rozerwać go, ale silne ręce przykuwały go do krzesła. Po chwili poczuł uderzenie w brzuch, aż zgiął się wpół i zaczął kaszleć. Kątem oka dostrzegł sprawcę i kopnął go z całej siły w piszczel. Pożałował, gdy tylko jego twarz spotkała się z czyjąś pięścią.
- Po co te nerwy? – odezwał się Farlow nadzwyczaj spokojnie. - Ostrzegałem cię lojalnie, że masz mnie słuchać. Nie zrobiłeś tego, więc teraz będziesz patrzył, jak twoja siostra staje się jeszcze większą kaleką.
Emmett patrzył z nienawiścią na Farlowa. Jego oddech był płytki i syczący. Splunął na ziemię, na której pojawiła się czerwona plama. Podniósł jednego palca do góry. Farlow spojrzał na to z politowaniem, po czym parsknął śmiechem.
- Czy ty się zgłaszasz? – zapytał rozbawiony. - No dobrze, żeby było zabawniej, pozwalam ci zadać tylko jedno pytanie.
- Dlaczego do jasnej cholery?
- Przykro mi. Już ci odpowiedziałem. Straciłeś swoją szansę.
- W którym kurwa miejscu złamałem twój rozkaz?!
- Ach, więc nie wiesz! – klasnął teatralnie w dłonie, a gdy podszedł do Emmetta, jego twarz w końcu miała poważny wyraz. – W domu nieszczęsnej, porzuconej Charlotte Adams. Chyba że masz jakiś pomysł, jakim innym sposobem Vivian Collins wiedziała, że musi zabrać swojego małego, trędowatego braciszka? Gdyby nie fakt, że moi ludzie zastali jej dom pusty, nie domyśliłbym się, że ta gadka o śnie to ukryta wiadomość. Lecz fakty mówią same za siebie. Naprawdę myślałeś, że to ci się uda? Miałem cię za kogoś trochę mądrzejszego.
- Zabroniłeś mi mówić komukolwiek o czymkolwiek i nie zrobiłem tego. Ostrzegłem tylko przyjaciółkę. Gdybyś był choć w połowie człowiekiem, zrozumiałbyś to.
- Racja. Zapomniałem, że jestem wróżką – sarknął. - Czy ten dzieciak ma w sobie jakieś większe pokłady mocy?
- A skąd mam wiedzieć?
- Czy mogę coś zaproponować? – rozległ się wysoki głos dobiegający z końca pokoju.
Wszyscy zebrani spojrzeli w tamtą stronę. Z cienia wyszła wysoka, szczupła kobieta. Miała na sobie granatowe obcisłe spodnie i bluzkę na ramiączkach, które podkreślały jej kobiece kształty. Długie złociste włosy były związane w koński ogon sięgający do pasa, a zielone, kocie oczy błyszczały w mroku. Emmett miał wrażenie, jakby już kiedyś ją widział, ale nie mógł sobie przypomnieć tego momentu.
- Patrząc na tę jakże buntowniczą postawę młodzieńca, wpadłam na pewien pomysł, który zapewne ci się spodoba, Aleksandrze.
Farlow z naukowym zainteresowaniem spojrzał na nią i machnął ręką, żeby podeszła. Kobieta przemierzyła dzielący ich kawałek, spoglądając z pogardą na Emmetta. Stanęła u boku Farlowa i powiedziała mu coś na ucho. Na twarzy mężczyzny najpierw pojawiło się zaskoczenie, potem ciekawość, a na końcu zadowolenie.
- Dziękuję, Lilith. Moja żona jest jak zwykle czarująca – uśmiechnął się do niej, po czym zwrócił wzrok w stronę Emmetta. – Dobrze. Tym razem nie skrzywdzę twojej siostry. Mam dla ciebie lepszą pokutę.

Charlotte obudziło pukanie. Z cichą nadzieją, a jednocześnie ze strachem, że mogłaby tam ujrzeć Oliver, otworzyła jedno oko i zerknęła na balkon. Gdy upewniła się, że nikogo tam nie było, naciągnęła pościel na głowę i wtuliła się bardziej w poduszkę. Mimo że pukanie nie ustępowało, nie miała najmniejszej ochoty ruszyć się z miejsca. Dopiero po dłuższej chwili stukot w końcu ucichł. Charlotte odetchnęła z ulgą i przekręciła się na drugi bok. Wtedy usłyszała, że ktoś przekręca klucz w zamku. Chyba mój tajny schowek już nie jest taki tajny.
- Charlotte – rozległ się zachrypnięty męski głos.
Dziewczyna aż podskoczyła w miejscu, gdy go usłyszała. Wygramoliła się z pościeli, szybko zarzuciła atłasowy szlafrok i usiadła na łóżku. Po chwili w progu jej sypialni zjawił się starszy mężczyzna z burzą kędzierzawych włosów na głowie.
- Profesorze.
- Opuszczanie pracy nie jest w twoim stylu – mruknął Philip.
Charlotte otworzyła buzię, jakby chciała coś powiedzieć, ale po chwili zamknęła ją i spuściła wzrok.
- Przyszedł pan sam, czy ktoś pana tu nasłał?
- To pytanie utwierdza mnie w przekonaniu, że przydarzyło ci się coś niebywale złego. Choć przyznam się, że stawiałem na jakiś wypadek.
- Przepraszam, ale nie mogę panu powiedzieć, dlaczego tak jest. Gdybym wymówiła to na głos, rozpłakałabym się jak małe dziecko, zaczęła się trząść i tak dalej. A wolałabym nie wracać do tego stanu w pańskiej obecności.
Philip uśmiechnął się smutno, choć w jego oczach mieszało się współczucie i czułość. Przemierzył pokój i ciężko opadł na łóżko obok skulonej Charlotte.
- Mimo świadomości, że nie potrafiłbym cię w żaden sposób pocieszyć, chciałbym, żebyś mi to powiedziała. Wolałbym wiedzieć, jak bardzo nie na miejscu będzie moja prośba.
Charlotte spojrzała na niego z niepokojem i zdziwieniem. Ten jednak tylko wzruszył ramionami.
- Oliver wyjechał.
Powiedziała to na jednym wydechu. Zupełnie jakby była małym dzieckiem przyznającym się do zjedzenia zakazanego ciastka przed rodzicem. Na twarzy Philip natychmiast zagościł wyraz zaskoczenia.
- Nie rozumiem.
- Ja też nie. W jedną noc zostawił nas wszystkich i odjechał bez słowa.
- Nie wierze, żeby zrobił to od tak sobie.
- Ja również. Ale Emmett od razu stwierdził, że nas zdradził i oszukał, a potem przekonywał mnie do tego. Zupełnie jakby Oliver kazał mu sprawić, żebym go znienawidziła.
- Przecież człowiek, który uratował cię przed samobójstwem nie zrobiłby czegoś takiego. Oliver – podkreślił - nie zrobiłby czegoś takiego. Znam go od dziecka.
Charlotte poczuła jednocześnie ulgę i ukłucie żalu. Z jednej strony cieszyła się, że w końcu mogła porozmawiać z kimś, kto podchodził do Olivera w podobny sposób co ona. Philip znał go od małego, ponieważ był jego wujkiem i często bawił się z nim w dzieciństwie. Z drugiej strony wspomnienie początku miłości do Olivera, zawsze przyprawiało ją o dreszcze.
Na początku studiów chłopak Charlotte rzucił ją, żeby być z jej najlepszą przyjaciółką. Kilka tygodni potem jej rodzice zmarli podczas rejsu, a niedługo po tym została zgwałcona przez swojego wykładowcę. To wydarzenie okazało się ponad jej siły i chciała rzucić się z klifu, ale Oliver ją powstrzymał, bo przypadkiem znajdował się w pobliżu. Mimo że wcześniej nie znali się za dobrze, od tego momentu on cały czas ją wspierał i pomógł jej wyjść z depresji. Choć widziała, że zakochał się w niej, nigdy nie robił niczego, co mogłaby odebrać jako zbliżanie się do siebie. Wiedział, że się bała. Jego wytrwałość w końcu sprawiła, że jej strach znikł i pozwoliła sobie mu zaufać. Philip wiedział o wszystkim z wyjątkiem gwałtu, więc nic dziwnego, że miał podobne zdanie na temat chłopaka.
- Myślę, że albo został do tego zmuszony, albo zdarzyło się coś naprawdę złego – powiedziała w końcu Charlotte.
- To jest całkiem możliwe.
- Co ma pan przez to na myśli?
- Kilkudziesięciu Cladesów znikło.
Charlotte wybałuszyła oczy i pierwszy raz, odkąd ostatni raz widziała Olivera, poczuła strach niezwiązany z nim.
- Niemożliwe – szepnęła.
- A jednak. Dwa dni z rzędu. Znikli w nocy i wrócili w połowie następnego dnia, twierdząc, że nic nie pamiętają.
- To dlatego… Oto im chodziło. Vivian mówiła, że musi zająć się Dorianem. Emmett powiedział jej, że musi go schować. W końcu jest Cladesem.
- Czy Emmett nie zachowywał się dziwnie?
- Owszem.
- Z tego co wiem, jego siostra również należy do Cladesów i wydaje mi się, że to wszystko ma ze sobą ścisły związek. Mam też nadzieję, że Oliver również jest w jakiś sposób z tym związany. Pierwsza osoba, która przychodzi mi na myśl, tobie pewnie też, to Farlow, ale to byłoby zbyt oczywiste i nie ma związku z Oliverem. W każdym razie sprawę zniknięć zostawmy odpowiednim służbom. Ja muszę wrócić do pracy, a dokładniej - zbadać tę energię i zapobiec porwaniom – posłał jej długie, milczące spojrzenie spod krzaczastych białych brwi. - Nie jestem w stanie tego zrobić bez ciebie.
- Dobrze. Zrobię to, ale proszę pozwolić mi myśleć, że to pomoże mi zbliżyć się do prawdy skrytej za ucieczką Olivera.
- Oczywiście.

Gigantyczne, ciemne chmury pokryły całe niebo, chowając za sobą światło słońca. Wiatr szarpał wszystko, co spotkał na drodze łącznie z wielkimi kroplami wściekle mknącymi ku ziemi. Raz po raz szare sklepienie rozrywały błyski piorunów, których grzmot niósł się echem po lesie. Choć Vivian nigdy nie bała się burzy i uważała ją za ekscytującą, tym razem miała inne zdanie. W górach stanowiła zdecydowanie większe zagrożenie niż normalnie. Nie mogli wrócić do domu, ani udać się do schroniska turystycznego. Vivian nie wiedziała, czy ktoś ich ścigał, czy nie, ale wolała zachować wszelkie środki ostrożności. Nie mogła pozwolić wykorzystać jej braciszka. Mimo że zdawał się być o wiele silniejszy od niej samej i lepiej sobie radzić w ciężkich warunkach.
Szlak przypominał błotną rzekę, a jasne skały, które ściemniały o odcień, gdy tylko znikło słońce, zrobiły się niezwykle śliskie, więc nie stanowiły dobrej podpory. W powietrzu unosił się zapach wilgoci, w uszach dzwoniły odgłosy wyładowań elektrycznych, a deszcz boleśnie wpadał do oczu, jakby padały odłamki szkła a nie woda.
Gdy Vivian minęła zakręt, zobaczyła bardziej strome podejście z drewnianymi stopniami, które miały służyć za schody. Po bokach woda spływała jak strumień, a na środku błoto przypominało wyjątkowo niesmaczną zupę. Vivian rozejrzała się za miejscem, w którym mogliby się schować, ale otoczenie znów ją zawiodło.
- Nie mogę znaleźć schronienia i nie wiem jak daleko jest – zawołała.
Gdy położyła nogę na pierwszym stopniu, ta od razu zanurzyła się w błocie aż po kostki, więc Vivian ją wyciągnęła. Zmarszczyła brwi nie słysząc odpowiedzi brata.
- Dorian? – zawołała.
Jednak odpowiedź wciąż nie nadchodziła. Odwróciła się i szybko wyraz jej twarzy zmienił się z niepewnego zmartwienia na głębokie przerażenie, w momencie gdy jeden z piorunów rąbnął w stare, wielkie drzewo, którego gruba gałąź runęła na dół.
- Dorian!
Rzuciła się w tamtą stronę, o mało się nie przewracając i poczuła jak serce stanęło jej w gardle, gdy zobaczyła ogromny kawałek drzewa leżący na środku ścieżki. Dokładnie tam, gdzie ostatnio widziała Doriana. Podbiegła do niego, wołając brata i próbując odsunąć jedną z gałęzi. Nagle drewno jakby wybuchło, aż Vivian odrzuciło do tyłu, przez co uderzyła o skałę. Zacisnęła pięści i oczy, kiedy poczuła, że  coś przecięło jej skórę w kilku miejscach.
- O kurcze! – rozległ się głos Doriana. - Przepraszam, nie wiedziałem, że tam byłaś!
Gdy Vivian podniosła powieki, brat był tuż przy niej i pomógł jej wstać jedną ręką. Vivian nie umknęło uwadze, że Dorian w drugiej dłoni trzymał jakieś zwierzątko przyciśnięte do swojej piersi.
- Co to jest? – zdziwiła się.
- Nie wiem. Jakiś gryzoń. Nie widziałem go wcześniej. Usłyszałem tylko jego pisk, a gdy się odwróciłem, zobaczyłem, że zaklinował się w ścianie, więc wspiąłem się po niego.
Dorian chciał powiedzieć coś jeszcze, ale Vivian przerwała mu uderzeniem w głowę.
- Za co to?!
- Jest ślisko, mogłeś spaść i się połamać!
- No właśnie wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że ten piorun walnął.
Vivian westchnęła ze zmęczeniem i machnęła lekceważąco ręką, po czym ruszyła tam, gdzie wcześniej, uprzednio mruknąwszy coś o błocie na schodach, które okazały się ciągnąć dość długo. Kilkukrotnie oboje ślizgali się na niestabilnym podłożu i gdyby nie podtrzymywali się belek, poupadaliby już nie raz. Gdy wyglądało na to, że dochodzą na szczyt, Vivian poszła szybciej przodem. Dorian natomiast powoli posuwał się do góry, skupiając się na swojej drodze, bo wierzył, że z jakiegoś powodu góry go nie lubią, a jego siostrę tak. Myśląc właśnie o tym, pośliznął się i runął w błoto, ale zamortyzował upadek rękoma. Z obrzydzeniem wytarł twarz i podniósł się. Nagle zrobił zdziwioną minę, wpatrując się w punkt przed nim.
- Vivian.
- Tak? Wydaje mi się, czy znowu się przewróciłeś?
- Tam.
Wyciągnął jedną rękę przed siebie. Vivian zeszła do niego i spojrzała w tym kierunku. Kawałek dalej znajdowały się dwa drzewa, które rosły pod ukosem tak, że utworzyły pod sobą jakby portal. Za nim było widać ciemność, a nie podłoże.
- Może – mruknęła Vivian i ostrożnie ruszyła w tamtą stronę.
Gdy tylko zeszła z prostej powierzchni, od razu ześliznęła się, więc zaczęła iść na czworaka. Dorian zrobił minę, jakby coś go zabolało, po czym, mruknąwszy „wybacz, mały”, schował gryzonia do kieszeni kurtki i poszedł w ślady siostry. Gdy zbliżyli się do tych drzew, okazało się, że stanowiły wejście do jaskini. Dorian poszedł przodem zobaczyć, czy była pusta i gdy wyszedł z potwierdzeniem, schowali się w niej.
- Brakuje nam czystej wody – powiedziała Vivian. - W dodatku nie mogę sprawdzić, czy nie mam jakichś wiadomości. Odkąd przeszliśmy na drugą stronę gór, ciężko mi złapać zasięg, a teraz jest burza, więc nawet nie mam na co liczyć. Jeśli jutro będzie lepsza pogoda, to zejdziemy niżej.
- I co robimy dalej? Zejdziemy do innego państwa?
- Żartujesz sobie? Nie czujesz, jakie już tutaj jest powietrze? Na dole to czysta mieszanka toksyn. Może inni to wytrzymują, ja nie.
- Więc będziemy żyć w górach jak pustelnicy w nieskończoność?
- Nie wiem. Na razie czekamy.
Dorian bez słowa rozłożył swój materac, po czym położył się tyłem do siostry. Przykrył się kocem i poszedł spać. 


1 komentarz:

  1. Czas na komentarz, bo nie wiem ile razy będę jeszcze to czytać czekając na kolejny rozdział. c:
    Jak nie trudno się domyślić, nie lubię tego Farlowa. Dziwny z niego gościu i mnie wkurza, no i Emmetta mi biją ; ; On jest mój i nie wolno go krzywdzić! >: Bo w końcu jaram się każdym, kto umie strzelać, ale to szczegół <3
    Co do rozdziału to do jasnej anielki co się dzieje! .3.

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy